niedziela, 28 października 2012

3 godziny i 31 minut - dokładnie tyle czasu trwały zapisy na przyszłoroczny maraton w Berlinie! Niesamowite! Maraton niemal za rok, bo 29 września 2013, a tymczasem 40 000 biegaczy zapisało się na maraton w ciągu 221 minut. To oznacza, że zapisywało się średnio 181 osób na minutę! Bieganie zdecydowanie jest bardzo modne, a szczególnie bieganie w Berlinie:)

I szczerze mówiąc nie dziwię się... Biegłam w Berlinie w tym roku, 30 września 2012 i... muszę przyznać że chociaż dużo wcześniej o tym maratonie słyszałam i czytałam, to jednak to co zobaczyłam, zaskoczyło mnie totalnie!

Już same targi Expo były monstrualnych wręcz rozmiarów, odbywały się na nieczynnym od 4 lat lotnisku Tepelhof i zajmowały 3 ogromne hale + część płyty lotniska. Czego tam nie było? Ogromna ilość wystawców, ogromna ilość osób zapraszających na inne imprezy biegowe na całym świecie. 

maraton w Berlinie 29.09.2012

Odbiór pakietów startowych odbył się bardzo sprawnie, może to zasługa tego że poszłam załatwić formalności już w piątek (ponoć w sobotę tłumy były dużo większe). Sam pakiet nie zachwyca, niestety: numer, chip, paczka makaronu, opaska na nadgarstek i kilka ulotek - to wszystko.

opaska na rękę, maraton w Berlinie 2012

maraton w Berlinie 2012

Koszulki trzeba było sobie kupić, do wyboru było kilka modeli, bawełniane lub oddychające adidasowe, ceny zaczynały się od ok. 30 euro w górę. Tanio nie było. Koszulki sobie nie kupiłam, ale kupiłam sznurówki, które się nie rozwiązują (i nie zawiązują;)) i magnesy do numeru startowego (biegłam z nimi ten maraton i super się sprawdziły).

Na miejsce startu maratonu dotarliśmy godzinę przed czasem. Bałam się że skoro tam będzie tyle ludzi, to będzie też tłok, zamieszanie, problemy z dotarciem do swojej strefy, itd. A tu nic z tego. Miasteczko maratońskie było ogromne, ale świetnie zorganizowane i oznaczone, a przy tym wszędzie ludzie z obsługi chętni do pomocy. Nie można było się zgubić:) Rano było strasznie zimno, tak niesamowicie zimno, że nie wiedziałam gdzie się schować. Miałam na sobie krótki rękaw, długi rękaw i kurtkę, a trzęsłam się jak osika.

Berlin Maraton 2012

Ok. 8:20 postanowiłam "szybko" pójść do WC i rozgrzać się przed startem, i tutaj źle wybrałam... Stanęłam w ogromnej kolejce do tojtoja, na terenie miasteczka, i chociaż było ich baaaardzo dużo obok siebie, to jednak kolejki też były baaardzo duże. Później dopiero zobaczyłam, że przy samym starcie stały kolejne ciągi tojtojów, i tutaj kolejek żadnych nie było:( Ale ja, niestety stałam w kolejce ponad 40 minut, i ok. 8:50, kiedy udało mi się stamtąd wyjść, spanikowana pognałam na start (który był dość daleko) i desperacko szukałam swojej strefy czasowej. Uf, zdążyłam. Wtedy właśnie zobaczyłam ciągi kibelków wszędzie i mężczyzn, którzy stojąc i czekając na start, bez żenady sikają na pasy zieleni oddzielające dwie ulice na których staliśmy... Zanim pobiegliśmy oczywiście oficjalne powitania, przepiękne balony puszczone w powietrze, muzyka, odliczanie i START!

Berlin Maraton 2012

Start Maratonu w Berlinie 2012

Niesamowita atmosfera sprawiła, że czułam się jak w innym świecie: ogromna ilość biegaczy, ogromna ilość kibiców, doping, przepiękne widoki, przebijające się słońce... To wszystko powodowało że przez pierwsze kilometry biegłam jak w amoku. Kibice byli niemal wszędzie na trasie, i cały czas śpiewali, zagrzewali do biegu, przekręcając imiona czytane z numerów startowych:) Pierwszy moment "opamiętania" przyszedł ok.13 km. Wtedy wreszcie zrobiło się na chwilę trochę ciszej i po raz pierwszy udało mi się pomyśleć o tym gdzie jestem i co robię: "Spokojnie Monika, biegniesz maraton, a w dodatku może troszkę za szybko?":) Czas na 10 km: 49:19 zapowiadał że albo dam się nieść do końca i będzie rekord, albo będzie ciężko. Niestety ludzi było tak dużo, że trzeba się było postarać aby dotrzeć do stolików z napojami lub bananami, więc ja przez pierwsze 14 km tego nie robiłam. Pierwszy raz napiłam się na 15 km, ale wtedy miałam już bardzo suche usta. Tempo narzucone na początku udało mi się mniej więcej utrzymać do połowy: 1:44:25, później już niestety trochę zwolniłam, by po 35 km zwolnić naprawdę, niemal do 11km/h (początkowo było ponad 12km/h).

A na mecie znowu głośny aplauz, medal, i nieograniczone ilości owoców, ciastek i bezalkoholowego piwa:)

Wszystkie "dodatkowe usługi", jak np. masaż czy grawerowanie medalu były dodatkowo płatne. Ja wygrawerowałam sobie czas na medalu, co prawda za 9 euro, ale za to dosłownie w ciągu 2 minut:)

W sumie czas netto: 3:34:01 jest niemal identyczny jak rekord z Krakowa, który chciałam pobić:) Nie pobiłam, ale też nie pogorszyłam, więc jest średnio:) Za to na pewno pobiję go w roku 2013, bo udało mi się zapisać!:) Swoją drogą czas 3:31 (ten w którym skończyły się zapisy) to moje rejony:)

piątek, 28 września 2012

Ostatnio, zupełnie przy okazji zobaczyłam w sklepie skarpetki z pięcioma palcami. (Jak to pan powiedział: "zdrowotne skarpetki":)) Zakochałam się od pierwszego wejrzenia i kupiłam.

Skarpetki pięciopalczaste

Od zawsze miałam problem z paznokciami u stóp. W czasie treningów nic się nie działo, ale po maratonie zwykle schodził mi paznokieć, czasem dwa. Mój czwarty paznokieć u prawej stopy jest rekordzistą, schodził chyba ze cztery razy:( Zwykle ledwo zaczyna dochodzić do siebie, ja znowu biegnę i on oczywiście jest cały czarny. Proces odnowy paznokcia jest bardzo długi, zanim zejdzie i pojawi się nowy mija zwykle kilka miesięcy. Nowy paznokieć jest na początku często zdeformowany i dopiero po jakimś czasie zaczyna wyglądać ładnie.

Czy to boli? Tak, trochę boli, ale nie bardzo mocno, zwykle zaczyna mnie boleć po połowie dystansu i biegnę z tym do końca. Czyli: boli, ale da się znieść:)

Przyczyną są na pewno za długie paznokcie. Ja muszę swoje obcinać naprawdę bardzo króciutko, prawie co do milimetra.

Czasem na moich palcach pojawiały się też bąble, pęcherze. Ale nie zawsze, tak naprawdę to nie wiem od czego to zależy. Na pewno źle przycięte paznokcie są przyczyną, ale zdarzało się, że mimo super obciętych paznokci pęcherze miałam i tak.

Od dawna marzyłam o czymś, co odsunie w czasie biegu moje palce od siebie. Kupiłam kiedyś żelowe separatory na palce, znanej firmy na S. Zrolowały mi się na maratonie i zsunęły z palców, miałam pęcherze - nie polecam. Próbowałam oklejać najbardziej narażone palce plastrem, ale też się rolował. Marzyłam o skarpetkach z palcami, ale nie wiedziałam że ktoś czytając w moich myślach je wyprodukuje:)

Moje Super Skarpetki zadebiutowały na ostatnim Maratonie Wrocławskim. Powiem tyle: rewelacja! Palce pozostały po maratonie w stanie nienaruszonym!

Jedyną wadą tych skarpetek jest cena: ok. 60zł za parę, ale jeśli możecie sobie na taki zakup pozwolić, to nie zastanawiajcie się długo, bo naprawdę warto:)

Oczywiści SS jadą ze mną do Berlina i biegną w najbliższą niedzielę. Pobiegniemy w trójkę, a właściwie to całą drużyną: 11 sztuk:)

Ps. Jutro rano jedziemy, stres jest... duży, oj duży...

sobota, 22 września 2012

Miałam się nie denerwować za bardzo, miał być dla mnie dość łatwy treningowy maraton, ale... Pomimo tego że starałam się relaksować, nie udawało mi się. Standardowe problemy ze snem dopadły mnie wyjątkowo szybko, już od tygodnia nie mogłam spać. Ostatnia noc była snem na jawie, niby nie spałam, niby trochę spałam... Kiedy udawało mi się na chwilę zasnąć śniło mi się że... po ręce liże mnie kotek:)

Może przez tego kotka wstałam rano w świetnym humorze, śniadanko, naszykowaliśmy się, pojechaliśmy. Umówiłam się z moją ekipą biegową blisko startu o 8:30. W tym maratonie biegli prawie wszyscy moi biegający znajomi:) Umówiłam się z najbliższą szóstką. Utknęliśmy jednak w małym korku, więc wysiadłam z samochodu i pobiegłam na miejsce spotkania, pewna, że męża z córką za chwilkę zobaczę, kiedy dojadą i zaparkują. Dobiegam na miejsce, nikogo nie ma, zaczęłam krążyć dokoła. Biegnę, biegnę i spotykam Grześka (kolegę z którym się często mijam na treningach), patrzę i nie wierzę: on biega i jednocześnie wyjada rękami owsiankę z jakiejś miseczki!

- Grzesiek, teraz jesz? Przecież za 20 minut biegniemy...

- Muszę, żeby mi nie zabrakło!

O rety, zaczyna się, żołądek mi się skręcił.

Biegam z Grześkiem i owsianką, ale czuję jak emocje rosną: nikogo nie ma, ani rodziny ani biegaczy. Wszystkich zgubiłam:(

Chwilę później przybiega mój biegowy partner na tym maratonie: Piotrek. Na rozgrzewkę już praktycznie nie ma czasu, więc biegniemy w kierunku startu, stajemy w swojej strefie, odliczanie, start, ruszamy, a ja ciągle nerwowo szukam męża i córeczki. Nagle widzę, są! Stoją w tłumie, podbiegam, daję po buziaku, no teraz już mogę spokojnie biec.

maratonu wrocławski 2012

Biegnę i rozglądam się ciągle, znam przecież Wrocław, to moje miasto, ale trasa maratonu w tym roku jest nowa i wszystko wygląda inaczej. Biegniemy w kierunku obwodnicy, po drodze "zbieramy" innych znajomych, którzy łamią czwórkę, w sumie jest nas szóstka, czwórkołamaczy:) Biegniemy przez chwilę razem, rozmawiamy trochę, ale dość szybko my z Piotrkiem wyprzedzamy leciutko pozostałych, nasze tempo jest po prostu troszkę szybsze. Biegniemy więc, ale jestem pewna że jeszcze nie raz będziemy się mijać. Ok. 10km Piotrka dopada pierwsze zmęczenie. Jestem spokojna, to normalne, ja też często tak mam, minie koło 15km i będzie ok. Biegnę, podziwiam Wrocław, gadam jak najęta, Piotrek zamilkł, więc rozmawiam z nowo poznanymi kolegami:) Po jakimś czasie widzę jednak że coś się dzieje, bo mina mojego kolegi jest jakaś taka... niezabardzo. Na 17km mówi mi że zjadł żel energetyczny i banana. Kurcze, zagadałam się i nie zauważyłam. Jak to: całego banana?! I cały żel?! O rety... Dopiero wtedy Piotrek mówi, że czuje że słabnie, że może teraz, jak zjadł, będzie ok. No dobrze, biegniemy. Na połówce nasz czas brutto to 2:00:08, mamy prawie 3,5 minuty różnicy netto-brutto, więc netto 1:56:30. Świetnie, myślę, jak utrzymamy tempo, to wystarczy że delikatnie przyśpieszymy na ostatnich 2km i mamy nawet brutto poniżej 4:00, a jak druga połówka będzie słabsza, to i tak netto powinniśmy czwórkę złamać. Mi wszystko pasuje, ale Piotrkowi nie, na dwudziestym trzecim kilometrze mówi że przestaje biec, bo czuje że czwórki nie złamie, a jak nie złamie to nie biegnie wcale i właściwie to wsiada zaraz w tramwaj i jedzie do domu tramwajem. No nie! Nie spodziewałam się czegoś takiego. Było chyba wszystko: prośby, groźby, próby wjechania na ambicję, rozweselania, projekcja mglistej przyszłości po powrocie do domu tramwajem;) itd., ale Piotrek już szedł i nie zamierzał biec. Nie mogłam uwierzyć, że to koniec, biegałam wokół niego, do przodu i z powrotem, myślałam że się zmobilizuje, ale nie. Odpuścił:( Nogi , które stygły zaczęły go boleć, pojawiły się skurcze, o biegu nie było już mowy... Dotarliśmy na metę marszobiegiem w 4 godziny i 50 minut.

Ufff...

Pobiłam na tym maratonie dwa swoje rekordy:

1. Ilości czasu spędzonego na trasie - tak długo jeszcze nie "biegłam"

2. Ilości kilometrów - przez to bieganie w kółko zaliczyłam ponad 44km:)

Najprzyjemniejszym momentem był dla mnie finisz, na ostatnich metrach podbiegła do mnie córeczka i razem wbiegłyśmy na metę. Niesamowite uczucie, tym bardziej że było to dla mnie całkowite zaskoczenie, nie spodziewałam się, nigdy o tym nawet nie myślałam. Dzięki Kuleczko!

Maraton wrocławski 2012 meta

czwartek, 13 września 2012

Nazwa ciasta jest oczywiście moją subiektywną opinią o nim, ale naprawdę tak uważam:)

najzdrowsze ciasto świata

Jest to razowe ciasto z jabłkami. Ciasto przygotowuję na mące żytniej razowej, do tego zamiast oliwy czy masła daję jabłka lub śliwki czy gruszki - one nadają mu tą boską wilgotność :) Przyprawiam ciasto cynamonem lub przyprawą do pierników, dorzucam ulubione ziarna (orzechy lub słonecznik lub dynię, albo wszystkiego po trochu :))

Kolejnym ogromnym plusem jest to że ciasto przygotowuje się dosłownie w 10 minut, nic nie trzeba ubijać, wystarczy wziąć i wymieszać - czego można chcieć więcej?

Razowe ciasta mają taką lekką piernikową nutę, ja uwielbiam ten smak, genialnie pasuje do pierniko i murzynkopodobnych wypieków. Mój 6-letni zjadacz słodkości, też to ciasto zajada, co mnie bardzo cieszy. Daję kawałek ciasta ze szklanką mleka na śniadanie, ona zjada chętnie, a ja wiem że śniadanie było zdrowe i sycące.

Bardzo lubię położyć na talerzyku kawałek ciasta, dodać jogurt naturalny i owoce, jest wtedy słodsze i takie bardziej... deserowe :) No i wygląda dużo lepiej, bo samo w sobie jakieś piękne nie jest, z wyglądu przypomina chlebek ;)

ciasto z mąki żytniej razowej

Składniki:

  • 2 niewielkie jabłka
  • 3 jajka
  • niecałe 2 szklanki mąki żytniej razowej (to jest typ 2000, można zastąpić mąką razową pszenną, czy orkiszową, wtedy czas pieczenia będzie ok. 5 minut krótszy)
  • 1 szklanka mleka (niepełna)
  • 2 łyżki miodu lub cukru
  • 1/2 szklanka orzechów
  • 2 łyżeczki proszku do pieczenia
  • 1 łyżeczka cynamonu

Ścieram jabłka na tarce. W misce mieszam łyżką pozostałe składniki, dodaję jabłka i mieszam. Przekładam do formy wyłożonej papierem do pieczenia i wstawiam do nagrzanego do 180°C piekarnika. Piekę ok. 50 minut. Kroję dopiero po wystudzeniu, bo jest mokre i rozpada się kiedy jest ciepłe.

Zostało jeszcze tylko 4 dni! Wszędzie widzę i słyszę maraton: biegaczy na ulicach i wałach nadodrzańskich dużo więcej niż przeciętnie, codziennie dostaję po kilka maili związanych z maratonem, znajomi o niczym innym nie mówią... To nie żarty, maraton już w tą niedzielę. Zaczęło się: nie mogę spać. Kurczę, zamiast się wysypiać, spać dłużej niż przeciętnie (jak radzą trenerzy), ja przeżywam białe noce:( A jak już zasnę, to śni mi się wiadomo co - maraton!

lubię biegać maratony

Na szczęście śni mi się dobrze, miło, śni mi się bieg i to co czuję w czasie maratonu. A co czuję? Czuję napięcie i... radość. Bo ja naprawdę, naprawdę lubię biegać maratony. Lubię stać na starcie, kiedy jestem spięta, trochę podenerwowana, chcę żeby już się zaczęło, chcę biec jak najszybciej. Lubię 12 km, kiedy wiem że już jest ponad 1/4 biegu. Wtedy staram się ustalić równe tempo biegu, złapać rytm. Jakoś tak mam że po 10 km często czuję zmęczenie... Denerwuje mnie to że jestem zmęczona, a to dopiero 10 km. Mija mi koło 17-20 km, i od tej pory zaczyna być coraz fajniej:) Mam swoje ulubione dwa kilometry 28 i 35, i za każdym razem czekam na nie. Na 28, bo dwa razy "zepsuł" mi się maraton w tym miejscu, i teraz czekam na niego, bo chcę dać radę. Kiedy jest 28 km a ja czuję się dobrze i mam siłę, jestem tak szczęśliwa, mam taki przypływ energii, że wystarcza mi spokojnie do 35 km:) Na 35 km jest podobnie, sporo biegaczy ma wtedy kryzysy, ściany, itd., a ja po prostu uwielbiam biec i nie mieć żadnego kryzysu. Później biegnie się już ciężko, ciało jest zmęczone i tak naprawdę zostaje głowa, trzeba ją zająć czymś fajnym, żeby dała radę przez następne 7 km:) Śmiać mi się zawsze chce, kiedy kibice krzyczą: już blisko, już niedaleko, a tu jeszcze 7, albo 5 km. Wtedy jest to dla mnie tak bardzo dużo! Rzadko wystarcza mi sił na piękny finisz, ale w tym roku będzie inaczej!

Mój plan na maraton wrocławski?

Pobiegnę go wolno, poniżej 4 godzin. 30 września, czyli dwa tygodnie po tym maratonie zamierzam pobiec maraton w Berlinie, i tam pobiegnę szybko. Berlin jest moim startem docelowym tej jesieni, plany mam na 3:27:), więc Wrocław będzie treningowy. Ponieważ mam dwoje znajomych którzy chcą złamać 4 godziny właśnie teraz we Wrocławiu, pobiegnę z nimi. Myślę że im pomogę, a dodatkowa odpowiedzialność nada sensu mojemu biegowi i doda mi sił. Mimo wszystko kurcze, boję się trochę, jak to przed maratonem... Kolejny raz widzę, że bez względu na planowany wynik respekt do dystansu mam duży. Jednak maraton to maraton, 42 km to nie 30 km na treningu. Cztery godziny biegu to mnóstwo czasu kiedy różne rzeczy mogą się zdarzyć. Nie wiadomo jaka będzie pogoda, jak organizm zareaguje na tak duży wysiłek, jaki będę miała dzień, jaki nastrój.

Chcę żeby to był szczęśliwy maraton, będę zadowolona, wyluzowana, wypoczęta, nogi same będą mnie niosły. Szykuję się na towarzyski, bardzo miły bieg:)

A póki co staram się wypoczywać (muszę coś wymyślić z tym spaniem;)), jem pysznie, piję pyszną kawę, i układam myśli w głowie:)

przed maratonem, ciasto i kawa

czwartek, 06 września 2012

No i jest - koniec wakacji, szkoła... przyzwyczaiłam się do myśli, że jeszcze dużo czasu do września, a tu proszę: nagle JEST! Wrzesień zaskoczył mnie w tym roku jak zima drogowców;) A mój tegoroczny wrzesień jest wyjątkowy. Przede wszystkim dlatego, że moja córeczka chodzi już do 1-szej klasy (tym też jestem zaskoczona, chociaż miałam 6 lat, żeby się przygotować;)) Kiedy we wtorek zaprowadziłam ją pierwszy raz do nowej klasy, nie mogłam sobie znaleźć miejsca. Chodziłam z kąta w kąt ze szklistymi oczami i martwiłam się: czy siedzi w ławce z jakąś fajną dziewczynką, czy niczego jej nie brakuje, czy nie jest głodna, czy nie jest jej smutno, czy nie tęskni za mocno, czy nie płacze, itd... Jakoś udało mi się powstrzymać przed tym, żeby nie wparować do szkoły, zabrać do domu, uczyć samemu i koniec! Wytrzymałam;), poszłam po nią dopiero po zakończeniu lekcji, a tu dziecko moje zadowolone, uśmiechnięte, ufff, kamień z serca... Ale głodne, bo "panie kucharki nic nie ugotowały na obiad" - cha! czyli jednak trochę racji miałam!;) Coś mi się wydaje, że ja znowu bardziej to wszystko przeżywam niż ona.

Wrzesień, szkoła, pierwsza klasa, macierzyństwo

Bycie matką to ciężka praca:) Od kiedy urodziła się moja córka zupełnie inaczej patrzę na świat, czuję ogromną odpowiedzialność, mam świadomość nieodwracalności: to jest już na zawsze. Nikt i nic nie zmieni tego że mam córkę. Myślę że decyzja o potomstwie to najważniejsza decyzja w życiu człowieka. Z mężem/żoną można się rozwieść, pracę można zmienić, a dzieci jak się pojawią na świecie to już są... na zawsze. W macieżyństwie zaskoczyło mnie wiele rzeczy, ale najbardziej to, że wcześniej nie zdawałam sobie sprawy że bycie matką oznacza bycie taką... ZOŁZĄ: nie rób tak, nie wolno, nie idź tam, nie możesz jeść tak dużo słodyczy, nie kupię ci tego... Kurcze, bywają takie dni kiedy mam wrażenie że przez większość czasu zabraniam:( Na szczęście im dziecko starsze tym rzadziej, ale jednak. Teraz zaczynają się rozmowy na poważne tematy: po co są chłopcy? jak działa tramwaj? kiedy będę mieć własną komórkę? Boję się tego momentu kiedy pytania będą za trudne, i z fazy zabraniania, która zamieniła się w fazę tłumaczenia świata, płynnie przejdziemy do fazy "mama nic nie wie i jest zacofania". Mam nadzieję że to jeszcze nie szybko, a może wcale?

Uwielbiam moje dziecko, jej radość życia, szczerość, prostolinijność, pasję, ciekawość świata i niesamowitą mądrość. Zaskakuje mnie bardzo często inteligencją i mądrością właśnie. Im jest starsza tym bardziej widzę jaka jest podobna do mnie i inna jednocześnie. Podziwiam ja za upór z jakim dąży do realizacji swoich celów, podziwiam kiedy mam już dystans, bo na codzień często mamy spięcia przez jej upór. Jej i mój:) Tak się boję żeby nie zrobić jej krzywdy..., nie stłamsić, nie przerobić na swoje podobieństwo, nie zabić wiary w marzenia. Staram się towarzyszyć, ale nie wtrącać za bardzo, rozwijać zainteresowania, ale też pokazywać ścieżki które ja uważam za właściwe... Często mam wieczorami wyrzuty sumienia, że byłam za ostra, że niepotrzebnie się zdenerwowałam..., ale cóż: ja też się cały czas uczę. Uczę się być mamą. Kochanie, wybacz mi wszystkie potknięcia. Kocham Cię niesamowicie mocno, uważam ze jesteś najpiękniejsza, najmądrzejsza, po prostu najlepsza!

I bardzo, bardzo, bardzo Cię lubię! :)

wtorek, 28 sierpnia 2012

To był dziwny dzień, dziwna niedziela.

W sobotę było bardzo gorąco, a w niedzielę rano we Wrocławiu chłodno, deszcz, kompletna odmiana. Wstaliśmy dość wcześnie, wyjechaliśmy z domu o 8:00, półmaraton miał wystartować o 11:00, ale wiadomo: numer startowy, rozgrzewka itd. Na miejscu po załatwieniu formalności zostało mi pół godziny na rozgrzewkę, więc ok. Kiedy sobie truchtałam zaczęło padać i to naprawdę mocno chwilami, ale na starcie już przestało, później jeszcze kilka razy kropiło i przestawało, momentami wychodziło dość mocne słońce, więc pogoda była naprawdę nietypowa :)

Półmaraton w Wałbrzychu 26.08.2012

Półmaraton Wałbrzych 2012

Maraton w Wałbrzychu odbył się pierwszy raz po sześcioletniej przerwie, organizatorzy obiecują, że teraz już będzie co roku. Trasa półmaratonu nowa, takiej jeszcze nie było: 3 kołka po 7 km, start i meta w rynku, a na trasie różnie: jeden spory, ponad kilometrowy podbieg, później podobnej długości zbieg, i kilka mniejszych podbiegów, sporo kostki brukowej, ale znacznie więcej asfaltu. Organizatorzy się przygotowali, była kurtyna wodna, była woda i izotonik, były banany. 

Półmaraton Wałbrzych 2012

Biegło mi się bardzo dobrze. Być może to zasługa obozu w górach, ale podbiegi poszły mi bardzo dobrze, szybko regulowałam oddech po wbiegnięciu na górkę i czułam moc żeby biec na kolejny podbieg. Czułam się wypoczęta, skoncentrowana na biegu i radosna. Od początku do końca było mi fajnie, kilometry mijały nie wiem kiedy, bieg skończył się tak szybko, że biegnąc do mety nie mogłam się nadziwić że to już:)

Półmaraton Wałbrzych 2012

Półmaraton Wałbrzych 2012

Półmaraton Wałbrzych 2012

Półmaraton Wałbrzych 2012

Na mecie spotkałam kilku znajomych, było pyszne ciasto drożdżowe z owocami (zjadłam prawie całe 2 kawały), makaron z sosem mięsnym lub z serem i cukrem, chleb ze smalcem i z ogórkiem, kawa, herbata... prawdziwa wyżerka:)

Czas 1:44 wystarczył abym zajęła II miejsce w kategorii wiekowej i dostała nagrodę: 100zł!!! Zabrałam rodzinę na lody:) Chcę więcej takich startów!

Półmaraton Wałbrzych 2012

sobota, 25 sierpnia 2012

Oj, dużo się ostatnio działo...

1. nowa siłownia

2. obóz biegowy w Szklarskiej Porębie

3. wakacje w Świnoujściu

Trochę zaburzę chronologię i najpierw będzie o wakacjach, a o obozie biegowym później. Powiem tylko, że po tygodniu biegania po górach dziwnie biega się po płaskim terenie, a po plaży jeszcze dziwniej:)

Tegoroczne rodzinne wakacje spędziliśmy w Świnoujściu. Byliśmy tam już dwa lata temu i od tamtej pory uwielbiamy to miasteczko. Jest dla nas idealne: nie za duże, nie za małe i w miarę szybko się dojeżdża z Wrocławia. W tym roku jechaliśmy przez Berlin. W drodze "tam" pochodziliśmy po kultowej Unter den Linden, wypiliśmy kawę przy symbolu Pokoju i Wolności - Bramie Brandenburskiej i pojechaliśmy dalej. W Świnoujściu mieszkaliśmy w fajnym miejscu, tzn. w apartamencie przy deptaku i bardzo blisko morza. Biegałam sobie prawie co rano, trochę po mieście, trochę po porcie, trochę po plaży. Raz (w niedzielę - długie wybieganie, 25km) pobiegłam plażą do Niemiec;) Kiedyś już tam pobiegłam, ale biegłam tylko plażą, a tym razem pobiegłam do ICH nadmorskiego miasteczka:) Bardzo fajna to była wycieczka, niby tylko 5 km dalej, to samo morze, ta sama plaża, a miasto kompletnie inne... Takie niemieckie: czyściutkie, zadbane, urocze (z tymi pelargoniami i innymi w oknach).

Świnoujście jest małe, ale ma plażę, port i ładne parki w centrum i wszystko byłoby fajnie, gdyby nie dziki, które grasowały po mieście!!! Spotkałam je dwa razy w czasie biegania, nie atakowały mnie, ale wystraszyłam się i starałam się jednak nie biegać tam gdzie drzewa i krzaki...

Po treningu wracałam do pokoju i zabierałam na małe bieganko moją córkę. To były dla mnie jedne z najpiękniejszych chwil.

bieganie nad morzem

Zaliczyłam nawet nadmorskie zawody:) W środę 15 sierpnia były zawody w Dziwnowie: 9,5 km, połowa asfaltem - do Dziwnówka, i z powrotem plażą. Ciężko (jeszcze moja ulubiona pora: godzina 14:15), ale sympatycznie:) Mój czas nie jest jakiś powalający, 43:30, ale biorąc po uwagę okoliczności jest ok. Byłam 5-tą kobietą na mecie, zajęłam 2-gie miejsce w kategorii wiekowej i dostałam suszarkę!

Cztery mile Jarka

Byłoby pięknie, gdybyśmy jeszcze potrafili bardziej cieszyć się tym co mamy, zamiast zamartwiać tym co było albo będzie...

niedziela, 29 lipca 2012

Wymyśliłam, zapisałam się, pojechałam, jestem:) Od wczoraj, czyli od 28 lipca 2012.

Mieszkam w spokojnym hoteliku z pięknym widokiem na Szrenicę. Jest nas tutaj około 20 osób biegających (na bardzo różnych poziomach) + osoby towarzyszące, trzech i trenerów: Grzegorz Gajdus, Adam Klein i Krzysztof Janik.

Obóz Biegowy w Szklarskiej Porębie

Wczoraj, w dzień przyjazdu rozpętała się burza. Mieliśmy biegać wieczorem po górach, ale tak lało, że zostaliśmy i ok. 40 min ćwiczyliśmy na sali. Kiedy skończyliśmy przestało padać na chwilkę;) i jednak poszliśmy troszkę pobiegać. Przebiegliśmy niecałe 5km, ale jednak w górach to czuć. Większość tego dystansu biegliśmy pod górę, w tempie ok. 5:40, i dzisiaj moje dwugłowe czują że biegały:) Nie bolą, ale czuję je. Aż strach pomyśleć co będzie po porządnych biegach!

Dzisiaj rano robiliśmy test progresywny na bieżni. Polegał on na tym że biegaliśmy, zaczynając od truchtu, co 5 minut podwyższając tętno o 10 bmp i utrzymując przez kolejne 5 minut. Ja zaczęłam od tętna 130 biegnąc z zawrotną prędkością 8 km/h, kończyłam z tętnem 180 i prędkością 16 km/h, przebiegając 5,63km w 30 minut.

Po południu będziemy biegać po górach, a wieczorem analizować wyniki testu. Ale jestem ciekawa czego się dowiem:)

piątek, 13 lipca 2012

Zapisałam się na nową siłownię! To ważna decyzja w moim życiu:)

Przez kilka lat chodziłam zawsze do jednej i tej samej siłowni, chociaż właściwie wolę biegać na powietrzu niż na bieżni... Ale jednak są takie dni kiedy na dworze się nie da, choćby człowiek bardzo chciał (ulewa, błoto, śnieg po pas, itd:)), i są takie treningi, które lepiej zrobić na bieżni (np. cross). Ostatnie parę miesięcy spędziłam jednak wyłącznie na wałach, w dodatku od trzech miesięcy niemal samotnie. Wcześniej biegałam zawsze z kolegą, od dwóch lat prawie zawsze biegaliśmy razem, ale po maratonie w Krakowie (w kwietniu) on ma kontuzję kolana i nie biega, zostałam więc sama. No nie całkiem, bo spotykam na treningach znajomych, czasem nawet truchtam z kimś, ale to jednak nie to samo. Na początku jakoś dawałam radę, trzymałam się sztywno planu treningowego, ale od pewnego czasu zaczęło mi się nudzić i wymyślam: za każdym razem biegnę coś innego. Idę rano na trening i po drodze myślę: co by tu dzisiaj pobiec... Oczywiście ram się trzymam, ale jednak wydaje mi się że zbyt duży luz panuje w tym moim bieganiu.

Poza rozluźnieniem i nudą doszedł ostatnio jeszcze jeden, decydujący powód: wakacje. Moja córka ma wakacje, więc jest ze mną cały czas. Nie chce zostawać w domu sama, więc jak nie wyjdę na trening o godz. 6:00, to często nie mam już możliwości biegania przez cały dzień. A wieczorem nie lubię:( No i znalazłam rozwiązanie: siłownia, na której jest przeszklona sala zabaw dla dzieci, kącik do ćwiczeń, a nawet zajęcia taneczne raz w tygodniu:) Moja córcia jest zachwycona, ja jeszcze bardziej:)))

A wygląda to tak, że ja sobie biegnę bardzo blisko kącika do zabawy, moje dziecko widzi mnie cały czas, przychodzi, coś tam mówi i idzie się bawić albo sobie ćwiczyć. Jak na razie bardzo jej się podoba, bawi się, śmieje, wygłupia, zapoznała się ostatnio z chłopcem i tak się świetnie bawili że miałam przymusową godzinę ćwiczeń, bo nie chciała jeszcze iść:) Czego mogę chcieć więcej?

Od razu inaczej mi się biega, nie muszę się śpieszyć, no i mam nową bieżnię. Jeszcze jestem w fazie testowej, ale jest całkiem fajna. Bałam się zmiany siłowni, bo bardzo przyzwyczajam się do bieżni, to dla mnie takie "intymne" miejsce. Na poprzedniej siłowni miałam swoją ulubioną bieżnię, wszyscy wiedzieli że ona jest moja. Nie za bardzo lubiłam biegać na innej... Kilka razy biegałam na innych siłowniach i na innych bieżniach i zawsze to nie było to. Stąd tyle wątpliwości, i dlatego tak długo zwlekałam z zapisaniem się do innego fitness clubu (do poprzedniego nie mogłam przychodzić z córką). A tu okazuje się że jest super, jutro idziemy na lekcję tańca, pierwszy raz, to znaczy Mała idzie, a ja biegam. Zobaczymy jak będzie, ale na razie bardzo się cieszy:)

 
1 , 2 , 3
| < Grudzień 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
        1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
11 12 13 14 15 16 17
18 19 20 21 22 23 24
25 26 27 28 29 30 31
Zakładki:
Ulubione blogi
Tagi